Start Patronat e-gory.pl Wyprawy HiMountain Elbrus - Zimowa Wyprawa
HiMountain Elbrus - Zimowa Wyprawa Drukuj Napisz e-mail
Wpisany przez Aleksandra Dzik   
piątek, 19 grudnia 2008 23:14

O Elbrusie mówi się, że to łatwa góra. Ale raczej nie w zimie. W lutym 2009 na szczyt ten wyrusza wyprawa Klubu Skialpinistycznego Kandahar.

Jest ona częścią szerszego projektu, którego centralnym wydarzeniem będzie planowana na lipiec i sierpień „Tien-Shan 2009 – Polish Female Expedition” czyli kobieca wyprawa na Chan Tengri (7010 m n.p.m.) i Pik Pobiedy (7439 m n.p.m.). Wyjazd w Kaukaz stanowić będzie nie tylko ważny etap przygotowań do letniej ekspedycji. Stanowić będzie także okazję do zmierzenia się ze skrajnie trudnymi warunkami panującymi zimą w górach wysokich.

„Elbrus Winter Expedition” rozpocznie się 14 lutego. Powrót do Polski przewidywany jest na ok. 2 marca.W wyprawie udział weźmie część spośród uczestniczek ekspedycji w Tien-Szan, a także grupa męska.

{mospagebreak heading=HiMountain Elbrus - Zimowa Wyprawa&title=Cel wyprawy} Elbrus

Elbrus (5642 m n.p.m.)

Jego nazwa oznacza w różnych językach „Górę Światła” lub „Górę Tysiąca Gór”. Jest to szczyt położony w zachodniej części Kaukazu, na północ od głównego pasma, na terenie Kabardo-Bałkarii. Kwestią dyskusyjną jest, czy zaliczyć go do Europy czy też do Azji. Przyjmując, iż należy do Europy, uznać należy go za najwyższy szczyt kontynentu. M. in. do Korony Ziemi spośród gór Europy wlicza się właśnie Elbrus, a nie uważany przez niektórych za najwyższy jej wierzchołek Mont Blanc. Ponadto Elbrus jest najwyższym szczytem Rosji.

Góra jest stożkiem wygasłego wulkanu o dwóch szczytach. Wyższy, zachodni, liczy sobie 5642 m n.p.m., zaś niższy, wschodni, 5621 m n.p.m. Wierzchołek zachodni po raz pierwszy zdobyto w roku 1829, zaś właściwy szczyt zachodni w 1874 r. Pierwszego polskiego wejścia dokonał w 1956 r. Jerzy „Druciarz” Rudnicki.

Latem Elbrus jest popularnym celem wypraw. Dla wielu alpinistów szczyt ten stanowi etap przejściowy pomiędzy Alpami a górami najwyższymi. Zimą natomiast stanowi wyzwanie niezwykle trudne i podejmowane przez niewielu. Decydują o tym przede wszystkim skrajnie niskie temperatury, panujące w miesiącach zimowych na dużych wysokościach, a także niestabilna pogoda, trudny orientacyjnie teren, ogromne masy śniegu, zaś w wyższych partiach zlodzone zbocza.

{mospagebreak heading=HiMountain Elbrus - Zimowa Wyprawa&title=Zespół wyprawy} Ola Dzik

Aleksandra Dzik
KS Kandahar, Navigator Suunto, SKPB Katowice, HiMountain Team

Urodzona w 1982 r. Absolwentka psychologii i socjologii na Uniwersytecie Śląskim. Obecnie doktorantka na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracuje także jako przewodnik beskidzki i pilot wycieczek.

Członkini kadry narodowej Polski w narciarstwie wysokogórskim. Startuje także w ekstremalnych rajdach przygodowych. Jest przewodnikiem beskidzkim.

Osiągnięcia w narciarstwie wysokogórskim:

- Mistrzostwo Polski 2007 (w parze z Magdą Derezińską) Puchar Polski 2007;
- I miejsce w Mistrzostwach Słowacji JAMES w roku 2006; dwukrotne
- II miejsce w Pucharze Polski w roku 2005 i 2006;

Osiągnięcia w rajdach przygodowych:

- Mistrzostwo Polski w Rajdach Przygodowych w sezonie 2008 (w zespole Navigator Suunto);
- II miejsce w Old Spice Adventure Race Mistrzostwach Czech w rajdach przygodowych w sezonie 2005 (w zespole Davis Trezeta Adventure Team);
- I miejsce w kategorii kobiet w rajdzie przygodowym Wędrownicze Wyzwanie 2006 (w zespole K. S. Kandahar - Davis Trezeta A. T.)

Osiągnięcia górskie:

-Pik Somoni (d. Pik Kommunizma, 7495 m n.p.m.) - 2008;
- Pik Korżeniewskiej (7105 m n.p.m.) - 2007;
- Pik Niepodległości (Pik Lenina; 7134 m.n.p.m.) – 2006;
- czterotysięczniki alpejskie: Mont Blanc od str. włoskiej (2004), Monte Rosa, Breithorn, Dom granią Festigrat (2005).


Asia Stasielak

Joanna Stasielak
KW Warszawa

Urodzona w 1979 roku. Absolwentka krakowskiej AWF, doktorantka tejże uczelni. Pracuje w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Młodzieży Niesłyszącej. Pasję górską łączy z zainteresowaniem dziennikarstwem sportowym. Przez wiele lat zawodniczka lekkiej atletyki. Obecnie członkini Komisji ds. Mediów PZA.

Osiągnięcia górskie:

- Mont Blanc (4810 m n.p.m.)
- przejścia wspinaczkowe w Alpach i Tatrach


Ksia Suszczyńska Katarzyna Suszczyńska
KS Kandahar

Alpinistka i podróżniczka. Z wykształcenia ekonomistka, zawodowo współwłaścicielka firmy Delta Movers. Współpracowniczka Agencji Górskiej „Pumori”. Podróże łączy z zainteresowaniem kulturą Tybetu oraz fotografią.

Osiągnięcia górskie:

- Mont Blanc (4810 m n.p.m.) - 2007;
- Aconcagua (6962 m n.p.m.) ;
- próba zdobycia Szczytu Awicenny (d. Pik Lenina, Niepodległości, 7134 m n.p.m.)


Paweł Szaniec Paweł Szaniec
Świętokrzyski Klub Alpinistyczny

Urodzony w 1986r. Student geodezji na Uniwersytecie Rolniczym w Krakowie. Pracuje jako kierownik sklepu ze sprzętem alpinistycznym w Krakowie. Od wielu lat wspina się w skalach. Obecnie pasje wspinaczkową rozwija w Tatrach (wejścia letnie i zimowe na większość trudniejszych szczytów) oraz w Alpach. W przerwach miedzy wyjazdami górskimi wielokrotny uczestnik maratonów biegowych i biegów przygodowych.

Osiągnięcia górskie:

- Grossglockner (3797 m n.p.m.);
- Matterhorn (4478 m n.p.m.);
- przejścia zimowe w Tatrach.

{mospagebreak heading=HiMountain Elbrus - Zimowa Wyprawa&title=News'y z wyprawy}

1 marca 2009 10:00
Cześć. Wreszcie dorwaliśmy internet, jedyny w "mieście" Terskoł, gdzie siedzimy już drugi dzień. Dzięki rosyjskiej i bałkarskiej gościnności śpimy w cywilizowanych warunkach za darmo. Naprawdę jesteśmy pod ogromnym wrażeniem gościnności i kultury tego regionu i kraju. O przebiegu akcji górskiej napiszemy więcej po powrocie. Jesteśmy cali i zdrowi, podoba nam się tu bardzo, ale z drugiej strony nie możemy się już doczekać powrotu do domu. Dziękujemy wszystkim, którzy przysyłali nam smsy z prognozami pogody, słowami otuchy, a w końcu gratulacjami.
Pozdrawiamy wszystkich, Asia, Ola, Paweł.


26 luty 2009 10:00
Wczoraj zeszlismy do cywilizacji. Wszystko jest ok. Nawet więcej - ani razu nie spaliśmy w namiocie, ciągle ktoś nas zaprasza do siebie- jesteśmy bardzo mile zaskoczeni Rosją. Ogólnie jest świetnie.

25 luty 2009 10:00
Sukces! Dzisiaj koło 10.30 weszliśmy z Olą na Elbrus! :-) Pogoda była dobra, natomiast było mega zimno, na szczycie na pewno ponad -45. Ale udało się! Paweł.

Elbrus zdobyty! Paweł i ja dzisiaj ok.10.00 stanęliśmy na szczycie. Asia zawróciła, myśli o ataku z Rosjanami jak będzie pogoda,więc może jeszcze posiedzimy w schronisku-jak nie to obieramy kierunek na dół. Ola


23 luty 2009 7:30
W nocy wiał wiatr i była bardzo słaba widoczność.Po długim namyśle zrezygnowaliśmy z ataku.Teraz pogoda jest już lepsza i mamy nadzieje, że tej nocy uda się nam wreszcie wyjść do góry.

22 luty 2009 12:05
Dzisiaj siedzimy w schronie Walerego, restujemy się. Strasznie wieje, jutro ma być jednak lepsza pogoda, więc będziemy ponawiać atak szczytowy. Czujemy się dobrze, Rosjanie zeszli bez ataku szczytowego na dół. Humory nam cały czas dopisują.

21 lutego 2009 10:16
Dzisiaj nie udała się próba ataku szczytowego z powodu pogody. Wycofaliśmy się na 5200m n.p.m. Było ciężko, ale wszyscy są cali i nie poodmrażani. W schronisku zaczęliśmy się integrować z Rosjanami. Pojutrze znów podejmiemy próbę ataku, ponoć ma być dobra pogoda.

19 luty 2009 18:00
Jesteśmy w schronie k.Prijuta - 4200 m. Jutro zamierzamy podejść do Skał Pastuchowa ale jest też możliwe, że będziemy mieli rest tu w schronie. W sobotę planujemy stąd atak szczytowy - ale wszystko zależy od pogody i formy. Póki co zarówno pogoda, jak i forma oraz atmosfera są OK. Pozdrawiamy! Ola

18 luty 2009 16:51
Dopiero dziś wyszliśmy w góry. Wczoraj panowały trudne warunki. Spaliśmy w luksusowym hotelu z żarciem za darmo (zaprosił nas szef). Dziś podejście nartostradą, noc spędzimy w namiocie koło Mira ok. 3400m n.p.m. Jutro planujemy dojść do okolic schroniska Prijut.

W drodze do Priuta

16 luty 2009 12:04
Baza założona. Wczoraj (niedziela) bez problemów dotarliśmy do Azau u stóp Elbrusa. Była tylko jedna przygoda - dopiero rano, po noclegu na Szeremietiewie 2, dowiedzieliśmy sie, ze nasz samolot odlatuje z Szeremietiewa 1. W trzy minuty znaleźliśmy wyjście z lotniska, przystanek i autobus. Po krótkiej walce z kierowcą, który chciał odjechać bez części ekipy i bagażu, udało nam sie i na właściwe lotnisko dotarliśmy na czas. Bez przygód przybyliśmy do Mineralnych Wód. Stamtąd busikiem bezpośrednio do Azau. Niepotrzebnie przejmowaliśmy sie historiami o kontrolach, milicji, łapówkach itp. Wszyscy jak dotąd spotkani Rosjanie (poza kierowca autobusu na lotnisku) są bardzo mili. Rozbiliśmy sie przy dolnej stacji kolejki w Azau. Pogoda, która wczoraj, ku naszemu zaskoczeniu, była wiosenna, w nocy załamała się. Spadło ok. pół metra śniegu, mocno wiało. Namiot HiMountain Yeti's Residence sprawdził się znakomicie, co dobrze rokuje na przyszłość. Dziś załatwialiśmy formalności - meldunek w OVIR, rejestracja u ratowników (niektórzy są całkiem przystojni), zakup gazu i trochę żywności. Teraz pogoda sie trochę poprawia. Chyba warunki są tu zmienne i nieprzewidywalne jak w Pamirze. Jutro, jeżeli warunki sie utrzymają, ruszamy do góry. Planujemy podejść do górnej stacji kolejki i tam na wysokości ok. 4000 m n.p.m. aklimatyzować sie, czekając na dobre warunki do wyjścia wyżej. Co dalej? Jak mówią Rosjanie - posmotrim.

15 luty 2009 16:29
Hej! Właśnie skończyliśmy zakładać pierwszy biwak pod Elbrusem:-) Jutro załatwiamy papiery konieczne do dalszej akcji górskiej. Planujemy zdobyć też jeszcze trochę wysokości . Pogoda jest dziwna, nie ma śniegu i jest dosyć ciepło.

14 Luty 2009 20:35
HiMountain Elbrus-Zimowa Wyprawa ruszyła! Odprawa obyła się bez problemów, nadbagaż przeszedł :-) Zaraz Odlatujemy. Prognoza pogody nie wygląda zachęcająco, jednak jesteśmy dobrej myśli.

{mospagebreak heading=HiMountain Elbrus - Zimowa Wyprawa&title=Ralacja z wyprawy} Ola na szczycie

Wejście na tę samą górę latem i zimą – jak ma się jedno do drugiego? Chyba można by to ująć tak: zimą czasem wyjście z namiotu za potrzebą jest większym wyczynem niż latem wejście na szczyt. I tak chyba jest z Elbrusem. Licznie odwiedzany i pogardliwie nazywany „górą dla leszczy”, nawet w sezonie letnim potrafi pokazać pazury. Najbardziej jednak o należnym sobie szacunku przypomina zimą.

Zawsze chciałam pojechać w Kaukaz. Ale na Elbrusie nie byłam. Bo to przecież łatwa góra, szkoda pieniędzy, lepiej od razu uderzać na siedmiotysięczniki. Jednak myśl o Kaukazie pozostała i po udanym trawersie Mont Blanc w 2008 r. zaczęła kiełkować w pomysł nieco szalony – dlaczego by nie spróbować Elbrusa zimą? Marzenie o zrobieniu tego na nartach szybko zostało zweryfikowane przez rzeczywistość. Okazało się, że w wyższych partiach tej latem śnieżnej góry zimą jej zbocza pokrywa twardy lód. Pojawił się też standardowy problem zimowy – skład. Raz, że trudno zebrać ekipę, mającą wolne w tym samym czasie. Dwa, że większość ludzi jest normalna i na takie rzeczy się po prostu nie pisze.

A jednak kilkoro nienormalnych się znalazło. Całą ideę przed porzuceniem ocalił Paweł Szaniec ze Świętokrzyskiego Klubu Alpinistycznego. Pomysł podłapały także dziewczyny z tworzącego się właśnie Female Team. Wyjazd postanowiłyśmy potraktować jako trening przed letnią „Tien-Shan 2009 – Polish Female Expedition”, a zarazem jako sprawdzenie, czy będąc kobietami mamy zimą w górach wysokich jakiekolwiek szanse działania. Ostatecznie w Kaukaz wyruszył skład trzyosobowy: Paweł, Asia Stasielak z KW Warszawa oraz ja, reprezentując oczywiście KS Kandahar. Nikt z nas nie znał góry z lata. I dobrze, bo byłoby za łatwo.

Panorama w kierunku Uszby

Wyjazd stał się częścią szerszego projektu ekspedycyjnego Kandaharu, objętego patronatem honorowym PZA oraz Krakowskiej AWF. Jego głównym wydarzeniem będzie letnia wyprawa na Chan Tengri i Pik Pobiedy. Zimowa wyprawa na Elbrus mogła dojść do skutku przede wszystkim dzięki firmie HiMountain, która wyposażyła nas w odzież, śpiwory i namiot, jak również dzięki pozostałym sponsorom całego projektu: Centrum Wspinaczkowemu Reni Sport, które umożliwiło nam uczęszczanie na sekcję wspinaczkową, firmie Xann Design, która wsparła nas finansowo, Inhead – twórcy naszej strony internetowej, Olympus Polska, który wyposażył nas w aparaty fotograficzne, Rakiety.pl – firmie, która wypożyczyła nam rakiety śnieżne oraz Lufthansa City Center, które wsparło nas przy zakupie biletów lotniczych. O rozgłos projektu dbają patroni medialni: Radio Kraków, TVP Kraków, magazyn National Geographic Traveler, magazyn Góry oraz portale: Onet.pl Podróże, Wspinanie.pl, Turnia.pl, Ceneria.pl, E-gory.pl, Trekandmore.pl, NEWW Polska oraz krakowski Klub Podróżników i magazyn Obywatel.

Gdy w sobotni poranek 14 lutego opuszczaliśmy zasypany śniegiem Kraków, towarzyszył nam lekki niepokój. Skoro w Polsce taka zima, to co będzie tam, w Kaukazie? Nasze obawy pogłębiły się na widok zimowej scenerii Szeremietiewa. Na razie wszystko szło niespodziewanie świetnie. Bez przygód jednak nie mogło się obejść. Po noclegu na karimatach na Szeremietiewie II, niespodziewanie zobaczyliśmy, że jedyny samolot o godzinie, w której miał odlatywać nasz, leci nie do Mineralnych Wód, a do... Hongkongu. Nasz, jak się okazało, miał lecieć z Szeremietiewa I. W trzy minuty zwinęliśmy cały „lotniskowy biwak”, znaleźliśmy wyjście, dopadliśmy autobus, uniemożliwili kierowcy odjazd bez części ekipy oraz plecaków. Na samolot zdążyliśmy.

W Mineralnych Wodach zaskoczyła nas... wiosna. Podobnie wiosenny krajobraz roztaczał się wokół nas podczas całej podróży busikiem z szalonym panem kierowcą do Azau u stóp Elbrusa. Ceny noclegów są tu dostosowane do zamożnej moskiewskiej klienteli, przyjeżdżającej na narty. Rozbiliśmy więc namiot niedaleko dolnej stacji kolejki. Była niedziela wieczór.

Paweł na szczycie

W poniedziałek obudziliśmy się podduszeni. Na 2200 m n.p.m - co jest? Okazało się, że w nocy zima wróciła w Kaukaz. Byliśmy zasypani po dach. „Wyprawa” do położonego kilka kilometrów niżej Terskola w celu zakupu gazu i jedzenia oraz zarejestrowania się u ratowników, okazała się nie lada przedsięwzięciem. Na szczęście maldunek OVIR za niedużą opłatą zdeklarowała się zorganizować pani z kiosku w Azau.

We wtorek w góry nie wyszliśmy. Załamanie pogody trwało nadal. Chcąc umyć zęby zaproponowaliśmy panu, odśnieżającemu parking przed hotelem Alpina - jak się miało okazać kierownikowi tegoż hotelu – biznes. Odśnieżymy parking w zamian za możliwość skorzystania z dobra cywilizacji, jakim jest łazienka. Skończyło się na... spaniu, jedzeniu, prysznicu, możliwości zostawienia depozytu. Za darmo! Trochę się stresowaliśmy, zwłaszcza damska część wyprawy. Okazało się jednak, że to po prostu gościnność, jaką nakazuje kultura zamieszkujących te tereny Bałkarów. Na szczęście od imprezy się wykręciliśmy, bo inaczej kolejnego dnia też byśmy w góry nie wyszli.

W środę wreszcie przywitała nas piękna pogoda. Dylemat, czy w imię czystości stylu iść nartostradami wzdłuż kolejki, czy może chcąc zmieścić się w oknie pogodowym skorzystać z niej, rozwiązał się sam. Dolna kolejka nie działała. Kolejny odcinek działał, jednak pogardziliśmy luksusem. Moskiewscy narciarze, dla których byliśmy atrakcją turystyczną, nie mogli zrozumieć, dlaczego idziemy pieszo niosąc po 30 kg. Tego dnia dotarliśmy w okolicę stacji Mir (3500 m n.p.m.) i tam spaliśmy w namiocie. Znów zimno, szron w namiocie, mokre śpiwory – czyli po hotelowych luksusach wszystko wraca do normy.

Schron Walerego

Kolejny dzień to podejście do położonego na 4100 m n.p.m. obok ruin Prijuta 11 schronu Walerego. Jak się później okazało, ta drewniana chatka, w której temperatura w dzień wahała się między -6 a -20 stopni, miała stać się naszym domem na kolejne sześć dni. W schronie spędziliśmy piątek, z krótką przerwą na aklimatyzacyjny spacer pod Skały Pastuchowa. Ku naszemu zaskoczeniu dobra pogoda pozwoliła ratrakom wywozić narciarzy aż tutaj, my mogliśmy więc podchodzić bez rakiet.

Wyjście na atak szczytowy zaplanowaliśmy na najbliższą noc. Po długich debatach i konsultacjach z przebywającymi w chatce Rosjanami oraz wymianie smsów z Polską, zrezygnowaliśmy z pomysłu rozbijania się przy Pastuchowie. Mógłby tego nie przetrwać tak namiot, jak i my. Z prognoz wynikało, że trzydniowe okno pogodowe miało się skończyć właśnie teraz, kiedy tak bardzo go potrzebowaliśmy. O ile więc w ogóle mogliśmy myśleć o ataku, należało go przeprowadzić stąd. Uda się albo nie. Wiedzieliśmy, że szans na biwak po drodze w tych warunkach nie ma. Przeciętny czas zdobywania szczytu zimą to 14 godzin.

Sobota, 21 luty, godz. 1:00. Brutalny dźwięk budzika. Temperatura jak na zimę i wysokość 4100 całkiem znośna, wiatr też. Tylko widoczność kiepska, no i ciągły opad. A jednak o 2:20 wyruszyliśmy. Przy Skałach Pastuchowa, w ostatnim miejscu, z którego można było w pojedynkę bezpiecznie sie wycofać, Asia postanowiła zawrócić. Paweł i ja poszliśmy dalej. Widoczności nie było żadnej, śnieg zaklejał oczy, ale pozostawał jeszcze GPS. Niestety rzetelnych map GPS Kaukazu nie ma. Ślad, wzdłuż którego szliśmy, biegł jakoś dziwnie. Na zmianę: czarny lód, połogi wprawdzie, ale tak twardy, że nie wchodziły w niego raki, nie mówiąc o jakiejkolwiek możliwości hamowania w razie lotu, lub ukryte pod śniegiem szczeliny.

Trąba powietrzna

Do dziś nie wiemy, gdzie dokładnie doszliśmy. Wycofaliśmy się z ok. 5100 m n.p.m., gdzieś spod przełeczy między zachodnim i wschodnim wierzchołkiem Elbrusa. I znów szczeliny, lód, szczeliny, lód. I strach, żeby nie zostać tu, na tej „górze dla leszczy”. W końcu nad Skałami Pastuchowa trasery. A więc jednak są! Trzeba zapamiętać ich przebieg przed kolejnym atakiem, który również musi rozpocząć się nocą. Wreszcie spotkanie z Asią, która wyszła nam naprzeciwko, no i powrót do „domu” czyli chaty Walerego.

Wiedzieliśmy, że niedzielę musimy poświęcić na odpoczynek. Zresztą pogoda miała być jeszcze gorsza. Na poniedziałek zapowiadano nieznaczną poprawę, przygotowywaliśmy się więc do kolejnego ataku. Wieczór po nieudanej próbie ataku spędziliśmy miło z Rosjanami, jednak nazajutrz rano oni zeszli do cywilizacji, a my zostaliśmy sami.

Co można robić zimą w niezbyt upalnym schronie na 4100 m, nie mając książek, nie mogąc nawet właczyć komórek, aby bateria starczyła na odbiór smsów a prognozami? Nic. I tym się właśnie zajmowaliśmy. Życie stało się proste. Najpierw rano trzeba było wyjść ze śpiwora. Zimniej tu niż w namiocie, ale za to śpiwór suchy. Po wyjściu, nabraniu śniegu i „nastawieniu wody”, przygotowania psychiczne do wyjścia za potrzebą. Gdy jedna osoba wychodziła, pozostali trzymali kciuki, by wróciła bez odmrożeń. Resztę dnia zajmowało przygotowanie i spożywanie posiłków. A jedzenia w tych temperaturach, mimo braku ruchu, potrzebowaliśmy sporo. Ewentualnie można było umyć zęby lub „wykąpać się” chusteczkami odświeżającymi, po kilkugodzinnym ich rozmrażaniu. I tak mijał dzień, na nic innego nie było czasu. Bo przecież o „osiemnastej w nocy” trzeba już było być w śpiworach i przytulając się do termosa, botków, puchów i tysiąca innych rzeczy, które należało uchronić przed chłodem lub wysuszyć, próbując zasnąć czekać na pobudkę o pierwszej. Elbrus czekał.

Poniedziałek 23 luty. Znów pobudka o pierwszej. Warunki niestety takie same jak dwa dni wcześniej. I znów tak samo spędzony dzień. Europejskie pojęcie straconego czasu przestało istnieć. O tym, że czas się jednak nie zatrzymał, przypominał tylko kurczący się zapas liofilizatów i bilet z datą powrotu do Polski. Zdążymy czy nie? Meteo nie napawało optymizmem. We wtorek troche lepiej, choć nie idealnie. Ale później znów całkiem źle.

Wtorek 24 luty. Standardowo pobudka o pierwszej. Inna tylko sceneria za oknem. Wiatr i śnieg nie zniknęły, za to po raz pierwszy od dawna zobaczyliśmy gwiazdy. O 2:30 wyruszyliśmy ze schronu. Podobnie jak ostatnim razem Asia wycofała się przy Pastuchowie. Bardzo chciała iść. My też wiedzieliśmy, że kolejnej szansy może nie mieć. Ale to było jedyna sensowne rozwiązanie. W końcu przede wszystkim chodzi nie o to, aby wejść, lecz aby zejść.

Paweł i ja napieraliśmy dalej. Znaleźliśmy pierwsze trasery i ich linii się trzymaliśmy. Niestety śnieg sypał coraz mocniej. Ciemność, śnieg, zamarzające na rzęsach wielkie kawałki lodu – przez to wszystko niewiele widzieliśmy i najtrudniejszy odcinek, gdzie niektórzy zimą wkręcają śruby, przeszliśmy z... kijkami. Kiedy zorientowaliśmy się, że wypadałoby zamienić jeden z kijków na czekan, na postój i zdjęcie plecaka nie było już szans. No to szliśmy dalej. Ostrożnie, wyrąbując rakami każdy krok, przeszliśmy czarny lód, aż wreszcie podłoże stało się lepsze a trasa zaczęła skręcać. Temperatura wymuszała niezłe tempo. Świt zastał nas na trawersie tuż przed przełęczą między dwoma wierzchołkami. Najzimniejszy czas przed wschodem słońca był dla mnie jednym wielkim kryzysem. Każda operacja – ubieranie puchówki, zgaszenie czołówki, zdjęcie czy założenie plecaka, wymagała zdjęcia wierzchnich łapawic. To powodowało w momencie utratę czucia w palcach, później długie przywracanie ich do życia, wycie z bólu, kiedy czucie wracało... a potem z reguły znów trzeba było w jakimś celu zdjąć rękawiczki. W nogi zimno było cały czas, ale czucie dało się utrzymać ruszając palcami. Paweł miał lepiej. Mężczyźni faktycznie mają lepszą termikę - zazdroszczę. Raz chcąc mnie wyręczyć w którejś z operacji sprzętowych Paweł stracił łapawicę. Rzucił się za nią w dół. O dziwo zatrzymał się i on i łapawica. Uff.

Widok na Elbrus

Na przełęcz doszliśmy powoli, w skuleniu przeczekując najsilniejsze podmuchy wiatru. Tutaj byliśmy tak zmęczeni i wychłodzeni, że postanowiliśmy odpocząć w naturalnej jamie, o której mówili Rosjanie. Wydobywa się z niej gaz wulkaniczny, a wewnątrz panuje podobno upał +8 stopni! Niestety jama była zasypana. Na przełęczy znaleźliśmy za to szczątki namiotów. Nie było mowy o ich odkopaniu, były „zabetonowane” śniegiem; miejmy nadzieję, że nikogo w środku nie było. My póki co martwiliśmy się o siebie. Batony konsystencją przypominały cegłówki, a termosy zamarzły tak, że dopiero po kilkunastu minutach chuchania udało się je odkręcić. Ale warto było się pomęczyć. Trochę ożyliśmy. Zrobiło się też nieznacznie cieplej. Ruszyliśmy do góry.

I tutaj pojawił się kolejny problem. Wydychane powietrze z masek windstopperowych leciało w górę wprost na szkła okularów, gdzie w momencie zamarzało. Na szczyt poszliśmy więc, o zgrozo, bez okularów. Szliśmy powoli. W końcu aklimatyzację mieliśmy do 4100m, a Elbrus ma 5642. Przewyższenie jak na całkiem porządnych zawodach skialpinistycznych, tyle że trochę wyżej.

Na zboczu wyraźnie rysował się ślad ścieżki z lata. Jeszcze jeden zakręt, jeszcze jeden wierzchołek i... nic nie pozostawiało wątpliwości, że to ten najwyższy. Słupek, chorągiewki modlitewne i, ku naszemu zaskoczeniu, gitara. Kto ją tu przytaszczył latem? Nieważne. Szybki rzut oka na piękno gór dookoła, żeby zachować ten obraz w pamięci i kontemplować w bardziej sprzyjającej temparaturze. Lekki stres, czy aparaty wytrzymają. Wytrzymały, nie będzie trzeba iść tu jeszcze raz. Po sesji zdjęciowej jak najszybciej w dół.

Na przełęczy przywitał nas już zupełnie inny świat. Można było zdjąć puchówki, zewnętrzne łapawice. Dopiero teraz zorientowaliśmy się, że mimo całej ostrośności bez odmrożeń się nie obeszło. Paweł miał czerwony nos, ja zamiast prawej połowy twarzy poczułam coś dziwnego, co wkrótce miało stać się wielkim bąblem. No trudno, i tak było warto. Teraz trzeba było wydobyć z siebie rezerwy sił i zejść.

Przed Pastuchowem zaliczyliśmy jeszcze jedną przygodę. Ja nie mając sił wbijać raków w twardy czarny lód, postanowiłam pójść naokoło, lepszym lodem białym. Straciliśmy się z oczu, prawie wpadłam do szczeliny... w końcu jednak znów się zobaczyliśmy, a po chwili już Asia poiła nas czekoladą przy Pastuchowie. W chatce Walerego byliśmy ok. 13:00. 10,5 godziny to czas jak latem. Ale wolniej się nie dało, zamarzlibyśmy. Wchodząc do schronu zobaczyliśmy, jak nad wierzchołkiem kotłują się ciemne chmury. Dostaliśmy swój czas. Wyczekaliśmy go i dobrze wykorzystali co do minuty.

Dalszy ciąg historii to już ostatni wieczór i noc w chacie, decyzja Asi, by jednak nie czekać na Rosjan, którzy raczej się nie zjawią i nie zaatakują góry, wreszcie zejście kolejnego dnia na dół i szok zetknięcia z cywilizacją. Dla cywilizacji zetknięcie z nami, biorąc pod uwagę nasz wygląd i zapach, też musiało być szokiem. Na szczęście pan Uzejr z hotelu Alpina w Azau zadbał o to, by nas owej cywilizacji przywrócić. Najedzeni i wykąpani, z lekkim bólem głowy, w czwartek 26 marca udaliśmy się do Terskola, by spełnić marzenie ostatnich dni i zjeść sałatkę. Rozbiliśmy namiot koło stacji ratowników. Jednak rosyjska gościnność nie pozwala, by przybysze, zwłaszcza po zejściu z góry, spali w namiocie. Aż do poniedziałku, czyli dnia wylotu do Polski, poznani przewodnicy obficie raczyli nas jedzeniem i... napojami, zaś moskiewska snowboardzistka Ania zapewniła cywilizowane spanie za półdarmo oraz częstowała rosyjskimi specjałami.

Nie da się zaprzeczyć, iż nie byliśmy wielką, przełomową, poważną wyprawą. To była raczej namiastka tego, czym jest zima w górach wysokich. Namiastka, która wystarczyła, abyśmy do Polski wracali z poczuciem wykonania sporego kawałka dobrej roboty. I z jeszcze większym niż dotąd szacunkiem dla wszystkich tych, którzy zimą atakują szczyty najwyższe. Bo zimy z latem nie da się porównać.

Aleksandra Dzik, KS Kandahar

{mospagebreak heading=HiMountain Elbrus - Zimowa Wyprawa&title=Sponsorzy i patroni wyprawy} Sponsorzy wyprawyPartnerzy wyprawy

















































 

Zobacz również

 
Wielka Wyprzedaż Butów
Nowoczesne maszyny do stabilizacji gruntu wykorzystają nasze spoiwa hydrauliczne. Zobacz.
Spawdzone wczasy, tylko rzetelne biura podróży, atrakcyjne ceny - wczasy egipt.
Przeglądaj kotły defro optima i inne, porównaj ceny i wybierz najlepsze.
Jeśli celem Twoich wakacji jest w tym roku szwajcaria kaszubska wejdź na naszą stronę i zarezerwuj nocleg!
 

Polecamy Księgarnię Podróżniczą www.bezdroza.com - przewodniki, mapy, albumy
Warsztaty fotograficzne - kurs fotografii Bieszczady

brzoza.net :: fotografia, grafika, druk, internet
fotografia, grafika, druk, internet