| Na nartach i na Harley'u |
|
|
| Reportaże |
| Wpisany przez naszkasprowy.pl |
| piątek, 31 października 2008 23:19 |
|
"Czy pamiętasz stare schronisko w Dolinie Zuberskiej? Tak przypominało dawną Pyszną..." Tak rozpoczyna się książka W stronę Pysznej, napisana przez Wandę Gentil-Tippenhauer i Stanisława Zielińskiego. Zadedykowana jest Józefowi Oppenheimowi zwanemu Opusiem, naczelnikowi TOPR, narciarzowi, zakopiańczykowi z krwi i kości, mimo że pochodził z Warszawy.
A więc chodźmy jeszcze raz w stronę Pysznej, do starego drewnianego schroniska-szałasu na niewielkiej polanie przy lesie. Wróćmy na chwilę do czasów, kiedy Opuś zajeżdżał pod Dworzec Tatrzański swoim Harleyem, uśmiechnięty wyciągał rękę do zgromadzonych u „Kapuchy” taterników lub narciarzy i mówił: - Cześć, chodźcie, idziemy na narty. Oppenheima znali chyba wszyscy, którzy się otarli o Zakopane w okresie międzywojennym. Jedni kojarzyli go z pracą w Pogotowiu i z nartami, inni z pięknymi pocztówkami, reprodukowanymi ze zdjęć jego autorstwa i sprzedawanymi w zakopiańskich księgarniach, jeszcze inni - z długimi, narciarskimi wyrypami narciarskimi po tatrzańskich graniach. Narciarzem był znakomitym, uwielbiał jazdę w terenie, na przykład długi i piękny zjazd granią Hliny z Kamienistej na południową stronę Tatr, albo... narciarski trawers Kominiarskiego Wierchu. Znakował szlaki zimowe na Pyszną, Chochołowską i wiele innych. Zjazdów dokonywał w doborowym towarzystwie pionierów zakopiańskiego narciarstwa, takich jak Bednarski, Lesiecki, Świerz, Ziętkiewicz, Grossman. Zjazdy Niefcyrką, telemarki wykonywane na grani Czerwonych Wierchów, szusy z Rohatki, Lodowej, Polskiego Grzebienia, Żelaznych Wrót, spod wierzchołka Koprowego Wierchu, Krywania, Młynarza, świadczyły o klasie Opusia. Oppenheim miał na swoim koncie 23 pierwsze wejścia zimowe i narciarskie w Tatrach oraz kilka letnich. W Tatrach odkrywał narciarskie tereny, jak chociażby rejon Pysznej, owo narciarskie El Dorado, gdzie do późnego maja można było śmigać na nartach w Siwych Sadach. Wrósł na stałe w Zakopane lat dwudziestych i trzydziestych. Był powszechnie lubiany i szanowany. - Jeśli ktoś potrzebował pożyczyć „stówkę”, mógł na Józia prawie zawsze liczyć - pisał Rafał Malczewski.
Na wycieczki narciarskie zabierał swego ulubionego psa Bacę, owczarka podhalańskiego. Baca miał ciekawe zwyczaje: gdy któryś z narciarzy zbytnio wyprzedzał kolegów, łapał zębami jego kijek i przytrzymywał. Gdy z kolei ktoś zbytnio zwlekał, Baca popychał go mocno pyskiem, zachęcając do dogonienia przyjaciół. Oppenheim pochodził z Warszawy. Był poszukiwany przez carską policję za działalność socjalistyczną, a w końcu aresztowany. Uciekł z więzienia w stolicy i po kilkuletniej tułaczce trafił pod Giewont. Uległ czarowi miejsca, jak wielu innych. Mieszkał w Zakopanem do śmierci w 1946 r.
W czasach rozwoju narciarstwa doprowadził do powstania stałych dyżurów ratowników TOPR na Gubałówce i na Kasprowym, gdy zaczęła już funkcjonować kolejka. Kasprowy był ważną dlań górą oraz strategicznym punktem na drodze jego wyryp narciarskich w Tatry Zachodnie. Na wiosnę sprawdzał osobiście stan łańcuchów i ścieżek turystycznych. Na swoim motocyklu, Harleyu-Davidsonie, „Opuś” podwoził ratowników do ujścia szlaków. Kierował trudnymi akcjami w skale i lodzie. Potrafił znakomicie organizować wyprawy. Gdy zdarzył się wypadek na Giewoncie, wysyłał ratowników góralskich jako pierwszy zespół, a sam zjeżdżał Harleyem na Krupówki, ponieważ wiedział, że potrzebuje taterników, bo szykuje się robota w skale. „Wyłapywał” ich wprost z ulicy - Wawrzyńca Żuławskiego, Tadeusza Pawłowskiego, Witolda Henryka Paryskiego. Tego ostatniego Oppenheim porwał na akcję z Krupówek w beżowym garniturze i letnich półbutach. Do 1930 r. nie wziął ani grosza wynagrodzenia, czyli pracował społecznie przez pełne 16 lat! Mimo to niektórym nie podobało się, że to on prowadzi Pogotowie. Potem ustanowiono wynagrodzenie kierownika TOPR na 125 złotych miesięcznie. Utrzymywał się też ze sprzedaży swych pocztówek. W willi „Mieczyk”, gdzie mieszkał, miał pracownię fotograficzną. A praca w Pogotowiu była ciężka, honorowa - w kurniawie, mrozie, deszczu i burzy. Ale Oppenheim dokonał świadomego wyboru. Gdy kiedyś ktoś z przyjaciół spytał, czemu wzorem kolegów Józio nie pojedzie powspinać się w Alpy, Oppenheim zamyślony spojrzał w stronę Tatr i powiedział: - A Pogotowie? Był „przykuty” do Zakopanego pracą w TOPR i to „przykuty” świadomie. Sprowadzał do TOPR-u nowy sprzęt, np. składany bambus do noszenia rannych.
Był skarbnikiem zakopiańskiego klubu SN PTT (1912- 1939) oraz wieloletnim działaczem Polskiego Związku Narciarskiego. Mimo że nie popierał zawodów narciarskich i kierunku sportowego w tych dyscyplinach, nie było niemal zawodów narciarskich w Zakopanem, których sędzią nie byłby Oppenheim. W 1939 r. uratował honor organizatorów FIS- u trasując trasę biegu (50 km) na Gubałówce. Odmroził wtedy palce u nóg. Wcześniej, w 1925 r., zajmował się z ramienia klubu sprawami Wielkiej Krokwi. W 1936 r. wydał przewodnik narciarski po Tatrach Polskich, będący owocem jego wieloletnich doświadczeń tatrzańskich. Język, w jakim napisał swoje dziełko o Tatrach, jest jedyny w swoim rodzaju, pełen polotu i humoru. Oto opis zjazdu pióra Oppenheima: - Bo czyż być może dla dobrego narciarza większa przyjemność, jak we wąskiej rynnie górskiej kręcić łuk za łukiem, opadając w dół wężowym śladem? Co za sprawdzian techniczny wycyrklowanych kristjanij, ślad szerokości paru metrów, lecący z pieca na łeb w przepaść. Albo, nieporównany, cholerycznie stromy las tatrzański, ów slalom wobec nieba, o chorągiewkach ze smreków, które się nie ugną , gdy o nie zawadzisz. Stromizna-trudność, zapewne, ale przyjemna trudność, całkowicie dająca się opanować narciarzowi. Groźna z powodu lawin, szreni?...Nie, to śnieg na stromiźnie może być groźny lub nie. Ona sama przy dobrym śniegu, nie ma znaczenia dla dobrego technikaNajwyżej upoi pędem, lub sześcioma kozłami zakończy szusik! Ale czy musisz szusować? Pozatem istnieje na los Opatrzności się zdawanie, jechałeś po Pod Bańskiej, a nocujesz nie wiadomo jakim cudem, 20 km dalej-w Prybylinie. Łut szczęścia, zostawiasz przed schroniskiem dziadowskie kije, a tu ci je jakiś ceper na eleganckie w tłoku zamienia, psim swędem wykręcenie, wpadasz pod lawinę i zostajesz na skale, podczas gdy w przepaść wpada - ona, no i pod szczęśliwą gwiazdą narodzenie. Błądząc we mgle, spadasz z nawisu do nóg jakiegoś wygi górskiego, który cię bezinteresownie potem 7 dni po Tatrach wodzi, ucząc rozumu...{Józef Oppenheim, Szlaki narciarskie Tatr Polskich, Kraków 1936}. Źródło: Nasz Kasprowy |