|
Schodzę w dolinę Małej Roztoki. Sam w cichym, pustym lesie. Dotykam starych jodeł i buków, to taka moja prywatna dendroterapia. Pod suchym Groniem prawdziwki. Ogromne, zdrowe. Wreszcie są! Całe lato szukaliśmy grzybów starając się wyprzedzić cholerne robactwo. Zawsze było szybsze.
Rok mokry, mnóstwo owadów. Kiedy zawiało z zachodu, z lasu wylatywały chmary mszyc. Wpadały do oczu, uszu, ust. Cichły docinki majstrów, którzy pomału i leniwie, po raz trzydziesty przymierzali to samo drzywko. Uciąć łatwo, ale nie do się naciągnąć - co pięć minut głosił stary majster Potok.
Postanowiłem naprawić starą drewutnię, która podpierała chałupę od północy. Kiedy ruszyłem belkę, wszystko zaczęło się kruszyć, rozlatywać, rozsypywać w pył. Starej baby i starej chałupy nie rozbieraj, nie ruszaj! Potem miała być dobudówka z okrąglaków, ale podobno Ľle by to wyglądało. Od pola licowane, a w środku? Trzeba było przycinać w tartaku, żeby było równe, żeby były deski, żeby była robota, zarobek, wódka, piwo, obiady. Tak przez dwa miesiące, bo siano, bo leje, bo nie leje, bo nima casu. Dach miał być jednospadowy, ale gdzie przybić wichę? Wyszedł dwuspadowy z wichą, którą zerwałem natychmiast po wypłaceniu majstrów, choć miałem czekać aż uschnie. Taki zły byłem.
Kryte onduliną. Wielochowa: Miała być balcha, żeby się świciło, a jest ternik (eternit) ino cerwony.
Msenie. Gratyna (szczeliny między belkami) wielka, "mechu" nie ma, nie ususzony. Radzą pianką. Kupuję wełnę drzewną w zakładzie koło Nowego Sącza. Spółdzielnia w upadku, ale upadły magazynier waży po ludzku, na oko. I gadanie. Im więcej gadamy, tym wełna lżejsza. Zasłużył na piwo, gdy kupiłem już trzecią "balę". Leje ciągle, potop. Jadę zanurzony z tą balą. Msy Stasek. W pierwszy dzień nie przychodzi, drugi też, trzeci, czwarty... Za tydzień przychodzą dzieci. Dwoje z jedenastu. Ojciec przyjdzie jutro, ile weĽmie, dogodoma sie. Msy. Pierwszy dzień - prawie pół chałupy, myślę: jutro skończy, pojutrze wypije i pójdzie. Ja od środka msę. Puchną palce, Stasek ma zdymki, krew kapie mu z warg. Cosik słaby. Choruje. Dwa tygodnie go nie ma. Wraca, nie chce jeść, pije tylko wodę i wódkę. Gadamy o mlyku, które Stasek lubi. Pija dużo i gęste. To mu wystarczy. Jeść nie musi. Boję się, że Staszek wykończy siebie, nie mszenie. Udaje mu się utkać wszystkie szpary. Zabiera sikirkę i odchodzi. Teraz już ja, w środku. Za rok będzie gotowy apartament prezydencki i łazienka.
Schodzę. Na ścieżce rydze. Grzbiet suchy jak pieprz, ale rosną, bo zawsze rosły, gdy był wysyp. Dochodzę do potoku Żabieniec. Słychać ludzi, więc szybko wchodzę w las. Na ścieżce pusto, tylko ślady jeleni. Przemykam wyżej i ukryty za pniakiem zaglądam do wąwozu. W dole Wielochowa z dziećmi, reklamówkami, plecakami z syrem. Wracają z Niemcowej. Już niedługo zejdą na dobre, z krowami. Noce zimne, liście żółkną, rano trawy siwe. Tylko patrzeć jak sypnie.
Sikirka. Schodzę bez sikirki. To Ľle, bo chłop, jak idzie do lasa, musi mieć sikirke. Małą, ostrą, na jedną rękę. Dobrze, żeby była osołka, bo jak sikirka spadnie na kamień, to potem pise i trzeba ostrzyć. Majster Potok ma sikirke, wage, dutka i hybel. Starczy, żeby postawić dom, ściąć drzewo, spłodzić syna. Marek pomocnik też ma sikirke z długim trzonkiem (według Potoka, za długim), ale lepiej wychodzi mu motorówką. Nieletni kandydat na pomocnika, wystrojony w ukradziony kiedyś kompletny mundur kaprala i kapelusz z piórkiem, też przynosi sikirke, ale wstydzi się jeszcze używać. Mogłaby pisać. Moje chatkowe siekiery wszystkie piszą. Źle naostrzone, Ľle oprawione, niektóre nie kute, z czerwoną farbą i fabrycznym trzonkiem. Kiedy wyrzynarką wycinam deski na szczyt, śmieją się, że to narzędzie do Cepelii. Potem trochę zazdroszczą, bo ładnie wyszło, baby chwalą, a oni nie zrobili. Rogi na węgłach przycinam moją motorówką. Krzywo. Okazuje się, że na prowadnicy zrobił się "drut". Nima nic gorsego łodrutu. Zeszlifowuję, poprawiam - proste. Już nie wiem, kto tę chałupę rozbudował. Wiem, kto zapłacił. Więc pise.
Schodzę. Wielochy w dole. Śmiesznie tak patrzeć na nich. Nie widzą, ich psy nie czują. Są w lesie sami. Tak jak ja. Może i na mnie ktoś patrzy z góry? Nie czas i miejsce, żeby się modlić, choć niedziela. Bywa tak, że o zachodzie słońca, gdy widzę z Kąciny Radziejową i w ciszy ucho natężam cieka-wie, że słyszę Małą Roztokę, modlitwy same przychodzą. Łażą gdzieś, snują się po tych górach zielo-nych, przepastnych dolinach, lasach, polanach, ciszach i szeptach. Jest ich tu pełno, ale słychać je tylko wieczorem, przed zachodami. Duch Święty Gór i Lasów. Śmierć. Gdyby tak spod moich nóg osunął się kamień i spadł z lawiną w dolinę, na ludzi, psy... Śmierć w górach zobaczyć nietrudno. Pierwszy raz widziałem ją na Hali Długiej pod Turbaczem. Piliśmy z bacą Ratułowskim dużo śpirytusu i żętycy, a nocami hipnotyzowaliśmy niejakiego Kolczatego, chatkowicza. Po śpirytus, bo wódki nie opłacało nosić, chodziło się daleko, do sklepu na Kowaniec. Baca dawał stówkę i wyganiał. Potem, przez dwie godziny szło się pod górę słysząc za sobą nieustanne chlup, chlup. Golgotka - chlup, chlup. Kampingi - chlup, chlup. Szałasy - chlup, chlup. Lasy - chlup, chlup. Schronisko - chlup, chlup. Bacówka - chlup.
Do chatki szła szlakiem młoda dziewczyna wystrojona w kompletny góralski strój. Nawet korale, te czerwone, było widać, gdy zauroczony patrzyłem na nią z daleka. Nagle znikła, wyparowała. Dreszcz, wiatr w koronach świerków. Baca twierdził, że to ta z piórkami co się powiesiła na belce w owczarni. Baca już nie żyje. Leży w Koninkach. Podobno przez babę, jak Ogień.
Druga śmierć na Kordowcu, znów na szlaku, właściwie tym samym. Cisza, gorąco, piję neskafe z cykorią i burakami siedząc na ławce pod ścianą. Podnoszę wzrok i widzę przez liście, przez buki babina w czarnej chustce. Opuszczam wzrok na sekundę. Podnoszę, nie ma. Znikła, wyparowała. Dreszcz, wiatr w bukach.
Schodzę. Ale nie prosto, bo szkoda jakoś tej ścieżki "niewiadomodokąd". Jeszcze grzyby, spiętrzone kamienie w suchym korycie potoku. Słychać granie jeleni. To już jesień.
|