Start Publicystyka Widziane z Góry O wszystkich porach roku na raz
O wszystkich porach roku na raz Drukuj Napisz e-mail
Widziane z Góry
Wpisany przez Jędruś z Kordowca   
środa, 11 lutego 2009 17:53

Jest sobota, osiemnasta wieczorem. Rozpaliłem ogień pod kuchnią i piszę, zerkając na kartkę przez parę, która z każdym oddechem wydobywa się z moich ust. Wiem, że tak już będzie do północy. Zresztą, i tak jej nie doczekam, bo na Kordowcu sen przychodzi wcześniej, jakby zawsze czekał przyczajony pod ścianą jak złodziej, który kradnie dzień, a rankiem, skruszony, oddaje go przed świtem.

Na KordowcuWyjechałem dziś tylko dla babki, z małą iskierką nadziei, że kolejny dobry uczynek zapewni mi chłodniejszy kącik w piekle, gdzie już na mnie czekają. Pomyślałem, że głoduje babina, bo szósty dzień pada deszcz i nikt chleba nie doniesie na Poczekaj. Łańcuchy wziąłem, bo obawiałem się śniegu. Nie było go tu jeszcze na szczęście. Padał w poniedziałek na Niemcowej u Władka. Z nieba leciały wielkie białe płatki, jak zimą. Władek ma szczęście do pierwszego śniegu, ostatniego niedźwiedzia, rogów jelenich. Bóg mu darzy, bo blisko niego siedzi na Niemcowej. Władek lubi grać w karty, więc może kiedyś Bóg przyjdzie do niego na partyjkę. Zagrają w 66, bez diabelskiej trzeciej szóstki, pograją na zapałki, bo Bóg pieniędzy nie potrzebuje ani ich nie ma, jak Władek.

W sklepie u Kotarbiny kupiłem przysmaki górskie; dwa chleby, pasztet Duda, kawałek boczku, dwie tanie konserwy mięsne i jajka. Łada Niwa gramoliła się na Kordowiec dzielnie, choć resory całą drogę dopukiwały się o naprawę. Mój anioł stróż jest w tych resorach. Każe jechać delikatnie i puka w podwozie, gdy włączam trójkę, nawet z reduktorem.

Do babki od Kordowca trudno się idzie. Nie ze względu na moje wypalane w nadmiarze niedopuszczalnym papierosy, ale wiatr, który przygina do ziemi samotne jodły. Metodą na czekanie wchodzi się na Poczekaj. Idzie się wolno miejscem odkrytym, potem czeka, aż wiatr będzie nabierał powietrza do płuc i ucichnie na moment. Wtedy ile sił biegnie się pod schylonymi do pasa jodłami. Nie wolno się w biegu rozglądać na boki, bo można by zobaczyć swą duszę na ramieniu. Ta rumieniąc się ze wstydu, że została zauważona, mogłaby odlecieć i byłby to koniec drogi, więc pędzić trzeba bez tchu, patrząc w mgłę, wiatr i nadzieję, że tym razem jodła się nie złamie.

U babki w sieni ciemności. Zagościły już tam na stałe, może po to, by ukryć przechowywane na półce skarby - pasztet Duda i kawałek boczku. Drzwi do izby zamknięte i na pukanie nie reagują, a w dodatku pod nogami podzwania coś w ciemności łańcuchem. Nie mam latarki, więc drzwi gwałtem otwieram i wchodzę mimo braku zaproszenia. Na stole robótka, skarpety zapowiadają kolejną srogą zimę, wdzięczność babki i czyjeś otarte do krwi stopy. Cieplutko, ale pusto. Wracam do sieni i w smudze mizernego światła, które miłosiernie płynie od uchylonych drzwi, badam stworzenie, które podzwania łańcuchem. Piesek. Śliczny, malutki, z mordką jak szczoteczka, ucieka pod skrzynię, wraca nieufnie, przysiada na łapkach i już się bawi. Kucam i bawię się z nim w półmroku, chcę poznać nowego pieska. W miarę poznawania łańcuch dzwoni coraz głośniej, a moje dłonie na przemian wyczuwają błoto i ciepło psiny. Dłuższą chwilę grzejemy się tą miłością od pierwszego wejrzenia, która zawsze prócz żaru ma w sobie wilgotną nieufność skorą do nagłej ucieczki.

Wychodzę przed chatkę zapalić. Wiem, że babka jest w stajni, ale nie pódę tam ze względu na to, że z każdym krokiem moje spodnie, wypijając kilogram mieszanki deszczu i mgły, osuwają się centymetr w kierunku kolan. Byłbym nagi po dłuższej drodze, więc stoję pod okapem i kurzę. Ręce mam w psim błocie, więc myję je w wiaderku, które rozpaczliwie zbiera wodę z rynny. Zbiera i oddaje dolinom, żeby miały powódź. Powodzie, jak wiadomo, powstają z przepełnionych w górach wiaderek.

Właśnie wycierałem dłonie o mokre portki, gdy z mgły  wynurzyła się babka ubrana w gumioki, sweterek i w deszcz. Stała tak nade mną z mgłą na ramionach, która każdy sweterek potrafi zamienić w cudny moher. Od przytulania zaczęliśmy, bo w mgłach się cni do przytulania, choćby z babką, choćby ze mną. Aparatu słuchowego nie miała, więc powitanie wygłosiłem w mgłę. To samo stało się z tłumaczeniem, dlaczego ręce w wiaderku moczę. Usprawiedliwiałem się dowcipnie, żem się na góry umyć przyszedł, bo w Rytrze wody brakuje, ale dowcip wchłonęła żarłoczna mgła. Do izby weszliśmy, człapiąc przez wodę, która już zalała przycynę. Babka narzekała, że i tu się już leje, więc kamienie podkładać musi, żeby suchą nogą dojść do sieni. Powiedziałem znów dowcipnie, że ma se gdzie nogi wieczorem umyć, ale dowcip  zatonął. Tym razem w ciemnościach sieni, wesołym brzęczeniu łańcucha i skomleniu u jego zakończenia, na którym miotała się jasna żywa plamka - mój nowy przyjaciel pies.

Babka zaproponowała kawę, bo akurat wrzątek był na kuchni. Nie odmówiłem, choć pora była już wielce nieodpowiednia. Pomyślałem jednak, że zamiast rozrusznika, można wypić mocną kawę i przynajmniej do dwudziestej dotrzymać raźno bijące serce. By coś napisać, komuś coś opowiedzieć, a nie wrócić do chaty tylko po to, by uciec w żywioł ludzi nieszczęśliwych, w sen. Łaziły zresztą za mną w tym smutku dzisiejszym wiersze. Umyśliłem pisać o ludziach, którzy odeszli, karpacką "Antologię z Poprad River" Nie mam dyktafonu, więc gdy nachodzą mnie wiersze, szepce je w powietrze, a ono mi je odbiera, już na zawsze. Kawa miała pomóc, zastąpić dyktafon, przykuć mnie do stołu do późnej nocy. Wiersz, porządny wiersz, powstaje bowiem nocą. Moje zaś klecą się byle jak na ścieżkach leśnych. Idą wpierw obok mnie, potem mnie wyprzedzają albo zostają za mną, gubią się gdzieś. Pełno się ich tu błąka w okolicy i stąd wrażliwi goście mawiają, że Kordowiec jest poetycki. Być może łowi je mój sąsiad, poeta Adam. Być może, bo mimo moich nagabywań nigdy mi swojego wiersza nie przeczytał, jakby się bał, że go rozpoznam. Kiedyś, gdy byłem redaktorem naczelnym lokalnej gazety, chciał mi wiersze sprzedać, jak to czynią złodzieje odsprzedający ukradziony nam samochód. Nie kupiłem, jak nie kupiłbym nie swojego już przecież samochodu.

Piłem kawę, ale zanim pokazały się na dnie szklanki fusy, babka hipnęła do sieni i z dumą, która przystoi wnoszeniu tortu weselnego, przyniosła puszeczkę górskiego piwa Harnaś. Podobno nie wypiliśmy pampkówki na urodziny, podobno nie wypiliśmy wódki imieninowej, podobno. Stąd ten Harnaś, którego z sykiem wypuściłem z puszki, nim kawa pokazała, że nie jest tylko brunatną, słodką wodą.

O psa zapytałem. - To Azor. Przywióz go Edek Janorcok, w plecoku, na motorze. Mo cztery miesionce a już mondry taki i słucho sie. Mówie idź tu stela, idzie. Mówie chodź stam tela, idzie.  I tak zeszliśmy z babką na psy. - Władek mo jus cztery. Pszysed niedowno jeden taki, bez oguna. Brat Władka był, jeś mu doł, to zostoł. Nie wiadomo czyj, ale nikt nie szuko. Kiedysi Zośka na Koncinie szła z rękami na plecach, jak mo zwyk, a cosi jo po tych rękach polizało. To ten pies polizoł i ucik, a ona sie zlękła. Tak se chodzi ten pies, gdzie ino chce, ale krzywdy nie robi. A od Polakiewiczki pies to Julcie uzar jak do kościoła szła. Darła sie, to od Rudka Krzysiek przylacioł, potem po Antka dzwonili, to i on. I pogotowie było i milicja. Mioł jo Marek wcora do kontroli na wozie zwiś. Konia odkormił, ale nie jechali, bo loło, to by Julcia przemokła. Antek rane przemywo, ale doktor powiedzioł, że do świont sie bedzie goić. Nie szyli, bo skóry nima. Nowy pies Azor jest, ale so jesce Caruś i Baca, co nie sceko ino ściane gryzie. Całe mlyko wypijajo. Bacy nikt  przontnonć nie chce. Godoł mi motorzysta, że może zaszczyk przywiezie, ale leje, to go nima. Puścić nie puszcze, bo nie pódzie od chołpy i nieszczepiony. Zagłodzić nimom sumienio. Może go ktosi przontnie, jak ten z Błankowy co go przyprowadził, a Miśka zabroł do przontniencia.

Ściemniało się, więc wracałem przemakając tym razem z przodu. Wracałem do mojej chaty, do pieca, ognia i słów od Ciebie. A ponieważ miało być o czterech porach roku w jednej, przepisałem fragment:

"Czuł nagłe przejścia od gładkiego żaru jej skóry - owe szybkie zmiany klimatyczne, które należą do czarodziejskich zjawisk miłości. (W ciągu jednej jedynej godziny gromadzą się wszystkie właściwości pór roku na jednym ramieniu kobiecym, podważając w istocie prawo czasu.)"

 

Zobacz również

 
Wielka Wyprzedaż Butów
 

Polecamy Księgarnię Podróżniczą www.bezdroza.com - przewodniki, mapy, albumy
Warsztaty fotograficzne - kurs fotografii Bieszczady

brzoza.net :: fotografia, grafika, druk, internet
fotografia, grafika, druk, internet