|
Małe skrofuliczne, schorowane i zapchlone kundle wiejskie, tłuste kundle hodowane na psi smalec, który leczy wszystkie choroby, głupawe owczarki, dzikie psy w Bułgarii, uśmiechnięte alpejskie bernardyny z beczułką, smutne przy dorożkach do zdjęcia, dzielne lawinowce z telewizji zimą. Psy górskie.
Są wszędzie. Kiedy wychodzisz z wioski w stronę gór, wybiegają zza kurtyn płotów i szczekają przeraźliwie, usiłując złapać cię za nogawkę. Dawniej każdy szanujący się dziad wędrowny miał do obrony przed psami laskę ze skórką jeża na końcu. Dziś można spróbować przegonić kijkiem. Trafić trudno, bo pieski przeważnie atakują z różnych, najmniej spodziewanych stron. Trafione nie uciekają, ale rozjuszone jeszcze bardziej, oszczekują cię aż do pierwszych pól. Wtedy nagle odpuszczają i z poczuciem dobrze wypełnionego psiego obowiązku wracają w kierunku wsi. Jeszcze po drodze szczekną kilka razy, ale już nawet się nie odwracają. Twoja uzyskana wolność jest pozorna, bo już na pierwszej polanie zdążają w twoim kierunku półdzikie owczarki podhalańskie. Te szczekają znacznie głośniej, basowo i kijek na nic się już nie zda. Trzeba się zatrzymać, przykucnąć i czekać. Może mniejszego nie zaatakują. Juhasi patrzą z dala. Pewnie już zakłady porobione: "Uchlo - nie uchlo". Wyżej zagroda. Na łańcuchu szaleje dzika bestia. Łańcuch jakby cienki, zardzewiały. Z duszą na ramieniu mijasz tak pilnowaną stajnię. Tej krowiny na pewno nikt nie ukradnie, chyba żeby przyszedł z armatą.
PUSZEK
rasa - wielorasowy
kolor - czarny
wiek - nieokreślony
Pies babci Nowakowej, Królowej Gór zaginął przed dwoma laty. Albo go wilki wybrały, albo poszedł za turystami, albo go na smalec ukradli. Był półdziki, z małą mordką wypełnioną ostrymi jak szpilki ząbkami. Nie widziałem, żeby pozwolił komuś dotknąć się, pogłaskać. Zawsze nieufny i strachliwy, zachowywał dystans. Przynajmniej dwa metry. Tak było bezpiecznie. Kiedy siedział na ścieżce przed chatą na Kordowcu, wiedziałem, że babka poszła do Rytra. Czekał na nią cały dzień. Od czasu do czasu zmieniał punkt obserwacyjny i przenosił się na szlak, bo babka mogła nadejść również z tej strony, więc do pilnowania były dwie drogi. Czasami próbowałem go nakarmić i przynosiłem mu miskę do tej jego strażnicy. Na mój widok uciekał do lasu, by po chwili zbliżyć się ostrożnie i łapczywie połknąć zostawiony kawałek chleba. Żywiony zwykle pomyjami jadł wszystko. Kiedy było gorąco, zanosiłem mu wodę. Nigdy jej nie tknął i nie widziałem, żeby kiedyś pił. Może przyzwyczajony był do mleka lub serwatki.
Nie ma go już długo i pewnie nie wróci. Babka ma innego, młodego pieska. Trzyma go na łańcuchu, żeby nie zginął. Jest podobny do Puszka, ale nie wolno go z Puszkiem mylić. Ten jest Misiek, a Puszek... Puszek zginął.
KIWI czyli Stary Baciar albo powrót psa marnotrawnego
rasa - matka: posokowiec bawarski
ojciec: nieznany
kolor - brązowy
wiek - ok. 10 lat
znaki szczególne: blizny i starte zęby
Kiwi to pies mój i całego świata. Przyniesiony do domu sikał i trzeba go było na pole. Tam już został. Początkowo był jak dynamit. Gonił, węszył, znikał z domu. Zawsze potrafił znaleźć dziurę w ogrodzeniu, zsunąć obrożę. Tylko łańcucha nie umiał przegryźć i pędził po wsi wlokąc za sobą kołek, który jakimś psim sposobem zawsze potrafił wyrwać z ziemi. Za młodu lubił walkę. Rzucał się na każdego napotkanego psa. Najpierw stójka, bezruch, potem rozbieg i torpeda z obnażonymi kłami wbija się w gardło, kark. Takiego ataku nie wytrzymywały psy znacznie większe od niego, ale i on wracał pokaleczony. Goiło się na nim jak na psie, szybko, lecz pchły i wszy trzeba było usuwać nieustannie. Więc szampony, obroże, posypywanie i kąpiele. Najlepiej w Popradzie, bo lubił pływać i nurkując wyławiać kamienie z dna rzeki. Na tych kamieniach zjadł zęby. Najgorzej było w lesie. Tutaj musiał być trzymany na smyczy. Ale ciągnął! Dusił się, charczał, ale ciągnął i parł do przodu. Kiedy chodziliśmy na Kordowiec, bolały mnie ręce. Potem przestałem go zabierać, bo uciekał do lasu lub sam wracał do domu, gdy mu się dłużył pobyt na górach. Poza tym sąsiadka stwierdziła, że zagryzł jej jedną, jedyną kurę. I choć go wtedy na Kordowcu nie było, stał się urodzonym mordercą.
Trudne były zimy, bo wtedy okoliczne suczki wabiły baciara. Uwiązany, wył całe noce. Zamykany w piwnicy, drapał drzwi. Uwolniony, wracał po kilku dniach zakrwawiony, poraniony, zapchlony, na trzech łapach. Uwiązany ponownie, wył i znowu trzeba go było spuścić z łańcucha z nadzieją, że może powróci jeszcze na dwóch łapach. Miał już przecież siedemdziesiąt psich lat, a ja w duchu cieszyłem się, że jeszcze taki dzielny, bo psy podobne są do swych właścicieli, a może na odwrót?
Ginął wiele razy, ale zawsze powracał. Ostatnie zaginięcie mogło być jednak rzeczywiście ostatnim. Wybiegł za mną na Kordowiec, kiedy jechałem tam gazem. Nie lubi jeździć moim samochodem terenowym, bo to mądry pies i woli przyjemności bez ryzyka. Nawet się nie zorientowałem, że biegnie za mną, bo w bocznych lusterkach widuję tylko niebo, błoto lub krzaki, no i jadąc pod górę, nie patrzę za siebie. W chacie byli studenci. Znakomite towarzystwo dla starego baciara. "Ładny piesek, kochany piesek, Kiwi, Kiwi". Pieszczoty, poranne resztki konserw. Poszedł za pierwszą grupą. Zauważyłem, że odchodzi, zawołałem go, wrócił. Poszedł za drugą grupą. Doszedł z nią do babki Nowakowej. Wpadł do izby, powęszył, babka nie goniła, bo wiedziała czyj pies. I już wracał, ale szła następna grupka. Z tą poszedł dalej i przepadł. Zauważyłem jego zniknięcie, ale nie miałem czasu, by go szukać. Musiałem posprzątać chatę, bo przychodzili następni. Wieczorem opowiedziałem im o psie a kiedy wychodzili, poprosiłem o telefon lub esemesek, bo mieli się spotkać z tymi, którzy odeszli z psem. Nie zadzwonili. Widocznie byli nie z mojej "paczki" albo mój numer nie był ich "ulubionym numerem". Psie życie okazało się niewarte złotówki. Wiedziałem, że szli w Pieniny, więc za tydzień pojechałem tam i poszedłem pod Wysoką. Psa nie znalazłem, choć był prawdopodobnie bardzo blisko.
Za dwa tygodnie, gdy straciłem nadzieję, że znajdzie drogę do domu, podzwoniłem do schronisk. Widziano go w okolicy schroniska "Pod Durbaszką". Właściciel obiecał że zadzwoni. I zadzwonił! Zauważył bowiem tego samego brązowego psa, który szedł w stronę Jaworek. Pojechaliśmy tam po południu. Ja poszedłem drogą do schroniska, żona z synem wypytywali na dole. Odnaleźli go za sklepem w Jaworkach. Pogryziony, chory, wychudzony, płakał. Nie merdał ogonem, nie skakał, nie łasił się, nie lizał po rękach. Leżał i szlochał tym psim zawodzeniem. I my też płakaliśmy, choć bez łez, bo wszyscy obecni na parkingu przed wąwozem Homole już wiedzieli, że ten włóczęga, który tu przez trzy tygodnie lizał rany i żebrał o okruchy, znalazł właścicieli. Podziękowaliśmy wszystkim, którzy się nim opiekowali i poszliśmy ze zgubą do samochodu. Kiedy otwierałem drzwi, znów zaczął głośno płakać. Pomyślał pewnie, że odjedziemy bez niego.
Teraz leży na tarasie, zajada smakołyki i liże rany. Za kilka dni ruszy na baciarkę.
WŁADEK i jego psy
rasa - kundle francowate
kolor - czarne lub brązowe
wiek - krótki
Trudno powiedzieć, ile Władek miał psów. Zawsze jest jeden, zajadły kundelek, który stoi na drodze przed domem i szczeka na wszystko, co się porusza. Poruszają się samochody, turyści, dzieci, inne psy, sąsiedzi i rodzina Władka. Czasem kundel kogoś ugryzie, przeważnie dziecko. Dziecko jest małe, bezbronne i obchodzi to miejsce z daleka, ale sprytny kundel je upoluje. Rodzice pogryzionego nie zgłaszają tego zdarzenia. Boją się, nie kundla, ale Władka. On jest nieobliczalny jak jego pies. Pewnego dnia przed domem Władka pojawia się inny pies. Jest to jakiś wychudzony włóczęga, który liczy na to, że pożywi się na śmietniku, który ze wszystkich stron otacza zapuszczony dom. Władek wkurwia się. Wybiega z domu z zardzewiałą łopatą. Jeden celny cios i kundel leży na betonie w kałuży krwi. "Nie bedo mi się tu, kurwa, obce psi włóczyły!" Władek wynosi zwłoki psa na łopacie i grzebie je na łące. Dzieci patrzą, nie rozumieją. Kiedy dorosną, też będą mordować, ale nie psy. Władek będzie już słaby.
Psy mają dziwaczne, egzotyczne imiona. Gdyby był psi chrzest, ksiądz nie zgodziłby się na nie, bo takich świętych nie ma w żadnym strażackim kalendarzu. Ale chrztów psich nie ma i co roku odchodzą od Władka z grzechem zajadłości. Ulga pokąsanych nie trwa jednak długo, bo Władek przyprowadza wkrótce następnego kundla, francowatego.
Uwaga: Niektóre imiona (ludzi) zostały zmienione.
|