|
Wybieram trasę długą i ciężką. Kilka trudnych podejść po kamiennych wąwozach, trochę przedzierania się przez krzaki i najwyższy z dostępnych tu szczytów po drodze. Może tym razem się zmęczą? W pociągu atmosfera wycieczkowa. Obowiązkowe walkmany na uszach, ciastka, batony, flachy z różowym płynem. Jakby żadne nie jadło śniadania, jakby nigdy nie miało okazji słuchać muzyki.
Jedziemy, śmiecimy, pilnujemy, żeby któremuś głowy nie urwały gałęzie, które niemal ocierają się o okna pociągu. Jednego zbyt wychylonego wyciągam za nogi. - Głowę ci urwie albo rękę. Pierwszy raz jedziesz pociągiem? - Pierwszy. Pociąg na szczęście prawie pusty. Jest tylko smutny konduktor i cycata tleniona kierowniczka. Tak powinno być. W tym składzie PKP nie upadną prędko. Żeby tylko stacyjek było mniej. A tak, jak stosunek przerywany. Co konduktor zbliży się do wagonu blondyny, stacja. I wysiadać musi, pomachać, zakrzyknąć. Wsiądzie, idzie, sprawdzi bilet, już jest blisko, bliziutko i znów hamowanie, wysiadanie, machanie. Trasa krótka, więc nie dojdzie pewnie, a kiedy już dojadą, ona pójdzie do zawiadowcy na kawę, a jemu zostaną podkrążone oczy i blade oblicze, które wraz z drugim śniadaniem przyniesie jutro do roboty.
Wysiadamy. Stacja malutka, na zakręcie. W drewnianym budynku obsługują niewidocznych podróżnych muchy i tłuste pająki. I napis na ścianie NO FUTURE. Idziemy do uzdrowiska. Ślicznie położone, wsparte o bukowe lasy kamienne budynki kaleczą pejzaż rozbitymi szybami. Drzwi zabite dechami, uzdrowisko zabite dechami i my zabici, porażeni zgniłym oddechem umierającego kurortu. W ogrodzie przed PIJALNIĄ GŁÓWNĄ stoi kilka zielonych ławek. Siadamy i patrzymy na widma spacerujących w nieśmiałych porannych promyczkach słońca kuracjuszy. Realny jest tylko strażnik, który przygląda się czujnie, czy nie zerwiemy podłych, pospolicie śmierdzących kwiatów, którymi obsadzono klomby. Nie zerwiemy, czekamy na otwarcie sklepiku, bo na kartce ktoś długopisem nagryzmolił CZYNNE OD 8, a jest już prawie dziewiąta. Młodzież, zjadła ciastka, wyżarła batony, wypiła różowe napoje i jest żądna ZAKUPÓW. A sklepik na kłódkę, nawet trzy kłódki zamknięty. Drżący pijaczek pod drzwiami, z jedną butelką po piwie na wymianę: - Ona późni przyjiżdżo. Casem koło dziesionty. Pewnie ji chłop nogi przylyg i z łóżka ni może wylyź.
Szukam kawiarni. Jest napis w głębi uliczki, dość daleko, ale idę. Na miejscu okazuje się, że z kawiarni został tylko napis, bo drzwi zamknięte na X z dwóch desek. Kiedy wracam, właśnie pod sklepik zajeżdża czerwony maluch. Rumiane dziewczę otwiera kłódki i wnosi do wnętrza trochę śmieci. Młodzi formują kolejkę po ten towar. Proszę, by pomogli, więc wydobywają z malucha 10 chlebów, 6 drożdżówek, 2 skrzynki piwa. To cały świeży towar, nowa dostawa ze starego, zardzewiałego malucha. Tyle dziś dziewczę sprzeda, a po zamknięciu budy wróci do przygniatania nóg. - Bida, panie, bezrobocie, cosi cza robić! Młodzi nie kupują dużo. Wybrzydzają, że śmierdzi i drogo. Żałują, że czekali. Pijaczek wymienia flaszkę na pełną, strażnik czai się na zapleczu. Może coś ustrzeli dzisiaj, może przynajmniej piwko? Przecież całą noc przychodził, sprawdzał czy kłódki całe, czy lampa nie zgasła. A pilnował jak swojego, bo sklepowa, choć spokrewniona, już od roku śni mu się, gdy kładzie się do wyrka z tym swoim naładowanym pistoletem.
Ruszamy wreszcie, bo młodzi, o dziwo, w komplecie. Brukowana kamieniem droga pnie się łagodnie pod górę obok zamkniętej PIJALNI WÓD MINERALNYCH. I my się pniemy z tą drogą, by za chwilę skręcić do bukowego lasu. Jest pierwsze podejście, cholernie strome, ale młodzi pędzą i wyprzedzają się z jadowitymi uśmiechami zadowolenia. W połowie podejścia czekają z czerwonymi od wysiłku gębami i różowymi flachami. - Ale nas pan wypuścił... Daleko jeszcze? A gdzie jest łazienka? Czemu mnie tak bolą nogi? Odpowiadam tylko na ostatnie pytanie: - Pobolą, pobolą i odpadną! I tak przez kolejne trzy godziny. Trzydzieści pytań, jedna odpowiedź, że coś odpadnie albo że to już za tym zakrętem. Nie żeby dojść, nie żeby zobaczyć, podziwiać, wpadać w zachwyty. Żeby zamęczyć, bo przed nami jeszcze długa, najdłuższa w tym roku noc. Nie wiedzą, gdzie są, gdzie i po co idą, ale wszyscy hodują w sobie radosną nadzieję na wesołą noc w schronisku. Ta nadzieja ich pędzi, gna, każe zapomnieć o bolesnych pęcherzach, których coraz więcej z każdym kilometrem, ona pozwala żyć! Idziemy zbyt szybko, czeka nas długie popołudnie, jeszcze dłuższy wieczór i noc bez końca. Robię częściej odpoczynki, ale już nie chcą nawet usiąść, czują chyba to schronisko jak koń Jaśka stajnię. A koń Jaśkowy był mądry, tak mądry, że przyśpieszał tylko wtedy, gdy poczuł zapach własnego gówna. Inne zapachy go nie ruszały, zbyt stateczny był na to, no i inteligentny, jak to koń.
W końcu jest atrakcja i pierwsze przeżycie na szlaku. Natykamy się na stado baranów. Na nasz widok młody juhas znika szybko w krzakach. Przyczai się, rozchyli liście i głodnym wzrokiem będzie pożerał nasze roznegliżowane dziewczynki. Zostaje jego pies, równie jak juhas wygłodzony i tak samo dziki. Podchodzi, czai się, ale nie obwąchuje bułek, ciastek, szynki. Łapie je w locie i połyka. Pewnie tak samo zrobiłby ten w gumiokach, którego wstyd i nieśmiałość zagnały w krzaki. Ale on może tylko patrzeć i oblizywać spieczone wargi, i śnić ten obraz w zimnym, cuchnącym gnojem szałasie. Kiedy odejdziemy, przyjdzie na to miejsce, gdzie siedziały dziewczęta. Będzie szukał zapachów, resztek ciepła na zmiętej trawie. On i jego pies będą wracać tam jeszcze wiele razy, węszyć, wspominać, marzyć, aż obraz rozmyje się pewnej wilgotnej jesiennej nocy, przemieni się w mgłę, która sprowadzi ich w dolinę, do wsi. Jeszcze tylko czasami zimą, w barze pastuch opowie wszystkim, którzy pracowali na budowach, jak latem przychodziły do niego do bacówki młode turystki. A oni, pijani i podnieceni skąpą jak myśl narratora opowieścią, będą mu zazdrościć: - Ty Stasek to mos scenście. Nie doś, ześ porzonnie zarobiuł, toś jesce podupcył. Juhas będzie dumny ze swej opowieści i sam w nią prawie uwierzy. Postanowi, że kiedy wróci wiosną na hale i znów przyjdą turystki, podejdzie, zagada, że pies niegroźny, że nie gryzie. I wtedy jedna z nich, śliczna brunetka w białym staniczku poprosi, żeby usiadł obok niej. Potem, kiedy wszyscy już pójdą, będą leżeć obok siebie na gorącej trawie, patrzeć na obłoki, góry, aż ona wreszcie powie: - Stasiu, pocałuj mnie...
Wreszcie widać schronisko a przed nim krzesełkowy wyciąg z doliny. - Po co żeśmy tyle szli? Trzeba było wyjechać. Ale nas pan oszukał. Każe czekać przed schroniskiem, bo już chcą zajmować pokoje. Pani z okienka kuchennego nie pamięta, żebym rezerwował noclegi. Ktoś dzwonił, ale z innej miejscowości i ona obiecała... Tłumaczę, proszę, przypominam i wreszcie klucze lądują na ladzie. Klucze są jak należy, duże z jeszcze większymi drewnianymi gruchami, na których ktoś artystycznie wydziobał rozpalonym do czerwoności gwoździem numery pokojów. I lepią się trochę do rąk te gruchy: -Żeby nie zginęły, bo zgubienie klucza kosztuje tyle co nocleg. Tani nie jest. 25 zł bez pościeli, 30 z pościelą. Młodzi są oszczędni, wzięli swoje kocyki i śpiworki. My, opiekunowie, zaszalejemy. Za 5 złotych dziurawa, ale czysta pościel ma nam wynagrodzić trudy wycieczki. Przed schroniskiem kłótnia. Kto kogo lubi, nie lubi, kto chrapie, nie ma mydła, śmierdzi. Ostrzegam, że dzielimy alfabetycznie. Skutkuje i już po chwili zaczyna się trzaskanie drzwiami, tupot, krzyki, wrzaski, trzaskanie drzwiami, tupot, krzyki. Jeszcze jasno, do zachodu słońca kilka godzin, ale noc już się zaczęła.
Wychodzimy, żeby tego kwaterowania nie słyszeć. Pod schroniskiem mają pole namiotowe. Właśnie jakaś, wyglądająca na licealną, młodzież morduje się z rozbijaniem namiotów. Prawie wszyscy palą papierosy, prawie każdemu cicho dzwoni szkło w plecaku - tornistrze. Opiekun idzie spać do schroniska, woli nie widzieć pracowitej młodzieży: - Poradzą sobie, to ich nie pierwszy biwak. W przylegającej do schroniska murowanej budzie kwateruje się kolejna grupa. To pewnie ci, którzy też rezerwowali, ale przyszli później od nas. Wynoszą żółtoszare materace z gąbki, trzepią je, narzekają na brud i zimną betonową posadzkę. Dzieci klną, nauczyciele ostrzegają. Rzecz normalna w czasie kwaterowania grupy w baraku. Wycofuję się dyskretnie. Trzeba coś zjeść, więc zamawiam w okienku jedyne ciepłe, lecz nie gorące danie - flaki. Każą czekać, więc błądzę po świetlicy szukając czystego stołu. Nie znajduję, więc w końcu biorę obrusik i zmiatam okruchy na podłogę. Wszyscy tak widać robią, bo pod stopami chrzęści. Młodzież schodzi do świetlicy. Flaków nie zamawiają, świństwa jeść nie będą, narzekają: - Kurde, to samo na dole trzy razy tańsze. W końcu znoszą z pokojów kanapki, ciastka, batony i resztki różowych napojów. Niektórzy kupują wodę mineralną, która jest tu najtańsza. - Najlepsza jest zielona, bez chemii. Widać nie mają pieniędzy.
Do zmierzchu sporo czasu. Trzeba coś zrobić, bo z sufitu świetlicy sypią się śmieci. Kiedy trzaskanie drzwiami i tupot osiągają apogeum, zarządzamy zbiórkę. Bierzemy teksty „Romea i Julii” i idziemy na polanę, daleko od schroniska. Z balkonu na rozłożystym buku słychać: -Romeo, czemu ty jesteś Romeo. Gramy, zamieniamy się rolami, bijemy brawa, najpierw rzęsiste, potem bez przekonania. Zbychu, drugi opiekun, urządza sztafetę. Dwie drużyny na prawie kilometrowym odcinku biegają ze spróchniałymi patykami. Jeszcze są naiwni, bo sądzą, iż walczą ze sobą, nie rozumiejąc, że to my walczymy z ich młodością. Czas zakpić z kogoś. Wysyłają jednego, by dogonił znikającą na szczycie turystkę i powiedział jej „do widzenia”. Jest nowy w tej klasie, ma chore serce, nie może biegać. Nim zorientowaliśmy się o co chodzi, rusza z kopyta. Kiedy znika za zakrętem, chowamy się w krzakach. - Żeby wybałuszył gały, kiedy wróci i nikogo nie znajdzie. Wraca zziajany i znajduje nas z łatwością, bo niektórzy nie wytrzymali w ukryciu i chcąc zobaczyć te gały, podeszli zbyt blisko ścieżki. - Dogoniłem te babę i powiedziałem. Powiedziała, że jest nauczycielką i słyszała, że gramy Szekspira.
Kiedy już grasują ponownie w pokojach, zapraszam Zbycha na piwo. W końcu to ja wymyśliłem tę wycieczkę i ja go w nią wrobiłem. Zbychu szuka czystego stołu, ja wkładam głowę do okienka. Piwa z nalewaka nie ma, bo nie ma prądu. Jest butelkowe, lane do plastikowych kubków. Ciepłe, bo lodówka nie działa, no bo nie ma prądu. Siedzimy przy stole sami i usiłujemy pić to piwo po pięć złotych kubek. Pani z okienka łypie umalowanym ślipkiem. - O której kończycie? - I... my dzisio nie końcymy jesce. Dopiro o ósmy. - To musicie dużo zarobić, tak od ósmy do ósmy. - I... właśnie, myślołby kto! - Jak mało zarobiocie, to jo tu mom bogatego chodoka dlo wos. Siedzi ze mnom, miejscowy jes, kawaler, młody. - Ale jo żonato. - Jo tyż żonaty, a panny jaki ni mocie tu?
Zbychu czerwony, w okienku pojawiają się następne zaciekawione ślipka. - A momy panne. - To jak będzie cimno przydemy do wos. My żonaci se pogodomy, a młodzi niech się dzie przejdo. - I... kazdy tak godo, ze przydzie. - Oni tylko godajo, a my przydemy. Dzie śpicie? - A w tem pokoju przy drzwiach. Jak będziemy same zapolimy świcke w łoknie. A mocie co? - Pewnie ze momy i będziemy patrzyć za to świcko.
Jesteśmy więc umówieni. Oczka znikają na chwilę, a my śmiejąc się, kończymy piwo. Wychodzimy na taras i patrzymy, jak ogromne czerwone słońce usiłuje przewrócić górę. Powoli zbliża się do jej wierzchołka i dotyka go wpierw lekko, jakby próbowało zmierzyć swą moc. Za chwilę opiera się na nim całym swym ciężarem i kiedy wydaje się, że góra ulegnie, słońce zostaje pokonane. Omija cichutko górę i ostrożnie obchodzi ją z tyłu. Tylko las na szczycie zapłonął na chwilę. Pożar wybuchł, zgasł, pokonane słońce znikło; góra jeszcze trwa, lecz za chwilę pochłonie ją noc.

Ach te noce w schroniskach górskich! Noce nieprzespane, białe, drżące od oczekiwań, noce potencjalne. Zapalają światło, więc trzeba pędzić, by się umyć, bo w agregacie zabraknie za chwilę paliwa. W łazience brak papieru toaletowego. Nikt tu jeszcze nie pomyślał, że turyście może się zachcieć srać. A może pomyślał, ale myśl lotna pobiegła dalej i stworzyła wizję turysty z własnym papierem toaletowym. Może jeszcze pod prysznic? Nie ma szans, na razie zajęty. Prysznice damsko - męskie, więc jedno trzyma klamkę, dwoje się kąpie. Czekam. Światło gaśnie, łazienka pustoszeje. Zakładam klapki, by nie złapać grzybicy, p ciemku włażę do kabiny, odkręcam kran i po chwili stoję po kostki w mieszaninie wody, moczu, grzybic. Odpływ zatkany, więc woda przelewa się górą brodzika. Cóż, zawsze po kąpieli zmęczony człowiek czuje się inaczej.
Noc w pełni. Zaczyna się wycie. Wyje schronisko, wyje pole namiotowe, wyje barak. Chodzimy, pilnujemy, zaczynamy żałować, że braliśmy pokój, skoro noc spędzimy na korytarzu. W pokojach już sytuacja opanowana, ale pole namiotowe przystępuje do natarcia: - Szukamy, kurwa, pokoju profesora, żeby się, kurwa, z nami napił! Przy okazji odkrywają pokoje naszych panienek, które z uchem przy drzwiach, prawie posikane z emocji, czekają. Kurwa. Wychodzimy przed drzwi schroniska, by już tam odpierać ataki. Jest profesor. Smutny, przyczajony. - Wiem, że piją, ale nie mogę im tego zabronić, bo są pełnoletni, nie chcę im odmawiać wycieczek, nie mogę się bać. To klasa maturalna, może się nic nie stanie. Profesor znika we wnętrzu ciemnego schroniska, zamyka pokój na wszystkie spusty, modli się pewnie i zatyka uszy poduszką. Jutro policzy, ilu przeżyło.
Zajeżdżają samochody. Najpierw te lepsze, właścicieli schroniska. Po utarg i do ślipek umalowanych. Potem maluchy, którymi łatwo kręcić kółka na polu namiotowym. Noc rozkwita! Stoję w cieniu pod drzwiami. Blondyneczka: - Daj zajarać! - Dostaniesz, kiedy ci wąsy urosną! Znika w ciemnościach i ramionach kumpla. Tata wziął fuchę, żeby dać grosza na tę wycieczkę. Słabo teraz płacą, nie wypłacili wszystkiego, nie dał wiele, starczyło na wino, zabrakło na cygary. Większość parami opuszcza pole namiotowe. Wracam na korytarz. W pokoju panienek szepty. Wyławiamy dwóch w slipkach. Wyrzucam ich przed schronisko. Niech zmarzną, zapamiętają, nauczą się, że w pokoju pełnym dam nie łazi się w gaciach, chyba że chce się coś ukryć. Za chwilę wołam, stawiam na baczność, opieprzam. Przepraszają, wracają do swojego pokoju. Jeszcze kilka godzin i świt.
Śpią wszyscy młodociani i pełnoletni turyści, gdy pod schronisko zajeżdża UAZ. Dwaj drwale budzą te ze ślipkami, biorą dwa żywce w szklankach i kładą się na trawie przed autem. Od czegoś przecież trzeba zacząć ten dzień roboczy. Po pewnym czasie z malucha gramoli się dziewczę i wolnym krokiem zmierza w ich stronę. Wygląda, jakby całą noc rozjeżdżano ją tym uazem. Przysiada się skromniutko, z boczku. - Cześć wujek. - Chcesz piwa? - A dej... Wypija odrobinkę, więc wujek zachęca: - Pij całe jak chcesz. Z kim żeś przyjechała wcora? I tak rozmawiają nieśpiesznie, przy piwie, jak to przed robotą.
Budzimy młodzież, schodzę do okienka, odbieram od rozmazanej żonatej dowód, płacę, biorę sfałszowany rachunek, oddaję lepkie gruchy i ruszamy na trasę. Dziś przed nami siedem godzin marszu z grupą żywych trupów. Może wrócimy cali, zdrowi i PEŁNI WRAŻEŃ.
|